Półwysep Helski – pierwsze wakacje w stylu slow

Od ostatniego wyjazdu z mamą nad morze mam wrażenie, że zmienił się cały świat. Podróż to już nie jest kwestia wielogodzinnej wyprawy bez nawigacji w telefonie w oparciu o atlas drogowy i z toną przekleństw przy pierwszym złym zakręcie w nieznanym miejscu. Ba! Jedyny telefon, jaki wtedy posiadaliśmy nie miał możliwości zabrania go do torebki, a zdjęcia w ilości 36 sztuk mogliśmy obejrzeć dopiero po powrocie z wyjazdu. Ja sama nie jestem już małą dziewczynką biegającą po plaży z dmuchanym kołem rybki, a dorosłą kobietą, co prawda ciągle marzącą jak młodsza wersja mnie.

Dodatkowo ten rok… Chyba nikt nie ma wątpliwości, że możemy go uznać za nieliczący się do naszej metryki wiekowej. Cała sytuacja przez długi czas wydawała mi się surrealistyczna, a tygodnie uciekały mi przez palce nieco zlepione i nie do rozróżnienia. Z uśmiechem wspominam sytuacje kiedy w końcu mogłam się udać do fizjoterapeutki i zgodnie z nowymi wytycznymi musiałam podpisać deklaracje o swoim zdrowiu z aktualną datą. Zapytałam wtedy który dzisiaj jest – „dzisiaj jest szósty” – „ok… a jaki miesiąc mamy”. Mimo wszystko uważam, że nie powinnam mieć powodów do większego narzekania. Jednego dnia po prostu zabrałam swojego laptopa i ulubiony kubek od herbaty i zaczęłam pracować ze swojego mieszkania ku uciesze trójki moich zwierzaków, których towarzystwo wyjątkowo doceniłam w tym dziwnym okresie. Jednak moja mama, wykonująca moim zdaniem najbardziej niedoceniany zawód pielęgniarki, przeżyła prawdziwą rewolucję, a ostatnie kilka miesięcy przysporzyły jej więcej nerwów niż cały wcześniejszy staż pracy w szpitalu. Kiedy powiedziała mi, że we wrześniu ma urlop i chyba dla rozluźnienia pomaluje sobie pokój w mieszkaniu, zapytałam czy nie chciałaby gdzieś skoczyć na weekend odpocząć. Początkowo wyśmiałam jej marzenia o spokojnym miejscu w dziczy z morzem za płotem mówiąc, że chyba o tym marzy teraz co drugi Polak. Ale udało się 🙂

Z radością stwierdzam, że byłam w ogromnym błędzie i takie miejsca jeszcze istnieją! Nasz domek stał pośrodku niczego, a wyglądając z okna pierwszego poranka wiedziałam już, że lepiej trafić nie mogłyśmy. Miejsce to jest prowadzone przez starsze małżeństwo, które dogląda wszystkiego sami, poczynając od smażenia przepysznych racuchów na śniadanie dla gości, kończąc na zakwaterowaniu przyjezdnych. Unikalny klimat miejsca dopełnia gromadka zwierząt – dwa psy, trzy koty oraz jedyna w swoim rodzaju świnka Loluś 🙂
 
Ogromne przywiązanie i szacunek do zwierząt było widać na każdym kroku, a cały ogród był wypełniony przepięknymi karmnikami dla ptaków. Gdzieniegdzie parę drzewek, kilka ławeczek, idealne miejsce do zaszycia się z lampką wina i wciągającą książką.
 
Domek co prawda znajduje się w pewnej odległości od cyplu, ale niepowtarzalna sielskość miejsca wynagradzała te kilkadziesiąt minut spędzonych w aucie. Rezerwacji dokonywałam przez Slowhop, który jest pełen miejsc, gdzie można naprawdę odpocząć przede wszystkim psychicznie. A ta perełka to Molmare, które serdecznie polecam.

Od zawsze miałam ogromną słabość do naszego polskiego morza, ale najpiękniejsze jest poza sezonem. Zupełnie nie przeszkadza mi brak wysokich temperatur, mogłabym siedzieć na tych opustoszałych plażach całymi dniami. Bardzo popularny półwysep Helski, który w najcieplejszych miesiącach przyciąga do siebie tysiące turystów, już w połowie września zapewnia upragniony spokój nad morzem. Po jednej stronie możemy podziwiać zapalonych kitesurferów (dla których sezon nie kończy się wraz z początkiem roku szkolnego), a po drugiej rozkoszować się szeroką i piaszczystą plażą graniczącą z lasem.

Początkowo mama nie chciała mi wierzyć na słowo, że tłumów na plaży nie będzie, w końcu nie ona jedna widziała słynne już zdjęcie z plaży w jednej z najpopularniejszej nadmorskiej miejscowości. Kiedy tylko wyszłyśmy z lasu na brzeg, wiedziałam, że właśnie tego pragnęła. Nie będzie przesadą jeżeli powiem, że cała plaża była nasza.

W tych najpiękniejszych okolicznościach przyrody „Genialna Przyjaciółka” Eleny Ferrante została pochłonięta w 3 dni. Skuszona zachwytami Izy z @livinglife.pl, która polecając mówiła: „zazdroszczę, że dopiero będziesz ją czytać po raz pierwszy”, najpierw dodałam ją na półkę do przeczytania w popularnej aplikacji dla moli książkowych (na Good Reads znajdziecie mnie TUTAJ), a następnie do koszyka w sklepie internetowym. Czytając stopami grzebałam w bałtyckim piasku, a myślami przenosiłam się w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, na przedmieścia Neapolu. Mignęło mi, że na podstawie tej opowieści powstał serial, ale nie zepsuje sobie tej pięknej historii i zasiądę do niego dopiero po przeczytaniu ostatniego tomu z tej serii, czyli zapewne już za 2 tygodnie 🙂

Nie potrafię zrozumieć jakim cudem w słynnej bezie zakochałam się dopiero kiedy przestałam być nastolatką! Dzisiaj nie wyobrażam sobie lata bez tego deseru. Dlatego kiedy zobaczyłam u @karo_kowalewska_ na relacji to miejsce z dopiskiem „najlepsza beza w Jastarni” od razu wiedziałam, że nie wyjadę stąd bez odwiedzenia tej kawiarni. Capuccino Cafe Jastarnia zdecydowanie zasłużyło na ten tytuł, osobiście dodałabym dopisek, że najlepsza i największa 😉 Całe szczęście miłość do bezy odziedziczyłam po mamie i nie raz zajadałyśmy się domową wersją tego deseru, dlatego ogromna porcja była nam niestraszna.

W Jastarni zatrzymałyśmy się również w Kapitalnej. Restauracja jest utrzymana w klimacie greckim i zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych knajpek w okolicy. Miejsce warte odwiedzenia, a ze swojej strony polecam czarny makaron z owocami morza.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie jakiegokolwiek wyjazdu w okolice Zatoki Gdańskiej, które nie kończyłoby się odwiedzeniem mojego ulubionego miejsca w całym Trójmieście. Klif Orłowski, niestety już trochę zniszczony przez siły natury, nieustannie mnie zachwyca, a wracanie tutaj to już moja osobista tradycja.

Jedno zawsze też jest pewne, jeżeli jestem w Orłowie to zawsze wstąpię na świeżą rybę do Tawerny Orłowskiej. Nie potrafię zliczyć ile razy już tutaj jadałam, a na co dzień mieszkam w Łodzi. Polecam ją każdemu znajomemu udającemu się do Trójmiasta i często śmieję się, że restauracja powinna mi płacić za reklamę na ziemi łódzkiej 😉 Żarty żartami, ale ryby mają świeże i przepyszne. Jest niestety też druga strona modelu, po powrocie do domu żaden dorsz ze sklepu nie będzie aż tak dobrze smakował.

Dłuższy weekend nad morzem minął zdecydowanie szybciej niż byśmy chciały, ale czy gdyby piękne chwile trwały wiecznie bylibyśmy je w stanie tak doceniać?

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *